US 1975 LP ECM 1064/65
Przyznać się muszę nie bez wstydu, że nie lubię pisać o powszechnie znanych nagraniach. Wiadomo, bycie wtórnych nikogo chyba nie kręci, dwa – brakuje mi zawsze poczucia, że dzięki moim skromnym artykułom ktoś może sięgnąć po muzykę, której nie zna, a która go do siebie przekona. O koncercie w Kolonii można się naczytać w sieci ile wlezie. Czasem bzdury o historyjkach związanych z występem, czasem błogosławione poematy o treści płyty. Postaram się zatem ograniczyć jedynie do spojrzenia na nagranie z ogólnego punktu widzenia, troszkę zainspirowany artykułem z allaboutjazz.com.
Bardzo ciekawym podejściem do analizowania zawartości albumu jest kontekst rozwoju jazzu w latach sąsiadujących koncertowi. Początek lat 70 był to czas w zasadzie smutny dla wielbicieli jazzu akustycznego i bez wątpienia bardzo smutny dla artystów, którzy tą muzykę uprawiali. Elektryczne nagrania Milesa Davisa z tego okresu zapoczątkowały nowy rozdział w rozwoju jazzu i muzyki w ogólnym sensie. Powstała fuzja jazzu z bijącym rekordy popularności rockiem. Słynne Bitches Brew czy In a Silent Way stanowiły wstęp do zupełnie nowego pomysłu z jednej strony ustawionego trochę pod szeroką publiczność, z drugiej jednak niezmiernie oryginalnego. Fani jak to fani lubią nowinki, szczególnie takie, które idą za modą epoki, okazało się zatem, że na scenie jazzowej niema już specjalnie miejsca dla artystów uprawiających stary dobry hard bop. Niektórzy co prawda walczyli o swoje i dalej tworzyli muzykę „starego nurtu”, ale kosztowało ich to z reguły dużo wyrzeczeń. Dexter Gordon np. uchował się przed ubóstwem prawdopodobnie jedynie dzięki emigracji do europu i stałej pracy w kopenhadzkim klubie Jazzhus Montmartre. Najwyraźniej europejska publiczność miała trochę więcej smaku.
Rola Jarretta w narodzinach nowego nurtu jest zresztą dość istotna. Brał on bowiem udział na nagraniach Milesa na klawiszach elektrycznych. Rzecz o tyle niezwykła, że zgodnie ze słowami pianisty, Miles był jedyną osobą na świecie dla której Keith przesiadłby się na instrumenty prądożerne. Według słów Jarretta miał po prostu z tej gry kupę ubawu, bo przecież klawisze elektryczne to tylko taki duże zabawki.
W tych niesprzyjających kulturze wyższej okolicznościach Manfred Eichert, kapitan niemieckiej wytwórni ECM postanowił rozpocząć nagrywanie solowych koncertów bardzo utalentowanego i już dość znanego pianisty Keitha Jarretta. Pierwszym albumem był wydany w 1971 roku Facing You. Eichert miał nosa, postanowił od tej pory nagrywać wszystkie solowe występy Keitha, wiedząc, że artysta jest nieobliczany w swoich improwizacjach. Tak właśnie dochodzimy do perypetii powstania albumu The Koln Concert. Wszystkie okoliczności występu były niesprzyjające. Słynne już nieprzespane noce Jarretta i Eicherta oraz brak zamówionego fortepianu nie przeszkodziły rezolutnemu producentowi na zainstalowanie na scenie mikrofonów, just in case. W ten sposób właśnie Keith stał się bardzo sławny. I to nie wyłącznie wśród znawców muzyki improwizowanej. Również dzięki temu nagraniu jazz powrócił na swoje akustyczne tory. Co ciekawe trudno jest właściwie jednoznacznie i bez wątpliwości stwierdzić, że płyta jest albumem jazzowym. Jest improwizowana, fakt, ale to jeszcze za mało. W końcu jest to nagranie solo, bardziej konstrukcją przypominające operę niż set jazzowy. Tak czy siak, ludzie dowiedzieli się, że bez elektroniki z jazzu można wykrzesać jeszcze coś nowego.
Na koniec jeszcze powiem, że warto przysłuchać się pierwszym taktom nagrania. Po pierwszych kilku nutach słychać, że widownia reaguje śmiechem i oklaskami. Trzeba tylko trochę przygłośnić i się wsłuchać. Z początku można by pomyśleć, że widownia zna utwór, ale przecież całość jest komponowana na bieżąco, o co zatem się rozchodzi? Ano pierwsze nuty zagrane przez Jarrett i za chwilę powtórzone to sygnał zapowiadający koniec przerwy w operze kolońskiej. Czyli albo cały występ został zaimprowizowany do tego właśnie tematu, albo Jarrett ma specyficzne poczucie humoru.
Oczywiście polecam słucham płyty z czarnego, dwupłytowego wydania. ECM zresztą wznawia je dość regularnie.
Polecam.
Mikołaj
