Don Cheadle najprawdopodobniej wcieli się w postać Miles’a Davisa w planowanej produkcji filmowej na podstawie biografii artysty. Przeczytawszy artykuł na ten temat opublikowany na łamach The Hollywood Reporter, odnoszę wrażenie, że kwestia obsadzenia głównej roli została przesądzona. Trudno się dziwić, Cheadle jest bliskim przyjacielem rodziny Miles’a oraz wyraźnie jednym z animatorów całego projektu. Jak zwykle przy tego typu produkcjach bywa, wybór aktora budzić będzie największe kontrowersje. Cóż, i ja dorzucę tutaj swoje wątpliwości. Sam Cheadle jest bez wątpienia bardzo podobny do oryginału, ale zastanawiam się czy to wystarczy. Do tej pory filmy na podstawie biografii znanych jazzmanów wyróżniały się kapitalną obsadą. Dość przypomnieć rewelacyjnego Foresta Whitakera w roli Charliego Parkera w filmie Bird reżyserii Clinta Eastwooda. Whitaker jest zresztą laureatem Oskara za film Ostatni Król Szkocji, co w pewnym sensie samo przez się świadczy o jego kunszcie. Jego występ w filmie Eastwooda został zresztą dostrzeżony przez krytyków i nagrodzony na festiwalu w Cannes. Dalej mamy Jammie Foxa z rolą Raya Charlesa w filmie Ray. Tutaj już nie było żadnych wątpliwości ze strony akademii filmowej i Fox został najlepszym aktorem roku 2005. Zatem dwa filmy i dwa Oskary. Dodam jeszcze od siebie, że mój ulubiony film z muzyką w tle czyli Round Midnight z Dexterem Gordonem w roli główej również wyróżniał się rewelacyjną grą aktorską, a przecież Gordon nawet nie jest aktorem.
Wracając do filmu o Davisie i odtwórcy głównej roli, muszę przyznać, że mnie osobiście gra aktorska Chealde’a nie powala. Oczywiście jest to aktor wielokrotnie nagradzany, występujący w wielu cenionych produkcjach. Są to jednak z reguły filmy sensacyjne, serwujące wyłącznie rozrywkę i to w najprostszej postaci. Oczywiście nie można tutaj nie wspomnieć o dziele przez duże d czyli Miasto Gniewu. Nie pamiętam w jaką rolę wcielił się tam akurat Cheadle ale sam film niestety uważam za przykład produkcji, która teoretycznie ma mieć drugie dno, a praktycznie niestety jest zwyczajnie denna.
Zostawmy jednak na chwilę Dona Cheadle’a i zastanówmy co takiego właściwie pokażą nam producenci w filmie o Davisie. Wiem, że jest jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek spekulacje, ale treść wspomnianego wcześniej artykułu daje pewne wskazówki. Otóż obawiam się, że w filmie o jednym z największych muzyków jazzowych nie będzie za wiele jazzu. Wyraźnie widać, że autorzy scenariusza mają zamiar przede wszystkim skupić się na ostatnich latach twórczości Davisa i zaserwować nam obraz przepełniony rapem i pochodnymi. Niestety w ten sposób produkcja sprzeda się nieporównywalnie lepiej. Będzie więc Snoop Dog, Jay-Z czy inni wspaniali wykonawcy poezji melorecytowanej. Rewelacja. Bo przecież cytując słowa autora artykułu „Jeśli powiesz Milesowi słowo ‘jazz’ dostaniesz w papę – muzyka społeczna, tak to się powinno nazywać”. Najbardziej trafny komentarz jaki mi przychodzi na myśl to: gówno prawda. Miles całe życie poświęcił na granie jazzu, jazzu i jeszcze raz jazzu. Na koniec zaczął eksperymentować z innymi gatunkami, ale zawsze motywem przewodnim był jazz. Nawet gdy ze starczej demencji zaczął wykorzystywać automaty perkusyjne, czy rapujący wokal, to nadal rdzeń był jazzowy.
No ale jazz sprzedaje się słabo. Tylko poco w ogóle w takim razie kręcić taki film? Oczywiście ja tu sobie narzekam, a film może okazać się rewelacyjny. Bardzo bym tego chciał. Naprawdę.
Mikołaj
