Oficjalnie ogłaszam ponowne otwarcie bloga po przerwie spowodowanej kotłem uczelnianym ostatniego (dosłownie) semestru.
Skoro skończyliśmy już ponad pół roku temu na Kurcie Ellingu, to od Kurta zaczniemy. Tym bardziej, że wreszcie udało mi się zobaczyć Pana Ellinga na żywo, oczywiście dzięki festiwalowi Warsaw Summer Jazz Days. Moja obecność na tegorocznej edycji festiwalu ograniczyła się niestety tylko do ostatniego dnia, z tego samego zresztą powodu co pauza w działalności bloga. Na szczęście sprawy edukacji wyższej mam chwilowo za sobą, więc mogę zająć się tym co lubię.
Wbrew informacji na stronie festiwalowej, wieczorny koncert zaczął się właśnie od występu Kurta Ellinga. W skład zespołu weszli: długoletni współpracownik wokalisty, pianista Laurence Hobgood, Ulysses Owens – perkusja, bas – … no właśnie, kto grał na basie? jak się dowiem, dopisze. No i niestety, pomimo, że materiał teoretycznie miał być zbieżny z zawartością ost. płyty ( przypominam – tribute to John Coltrane and Johny Hartman), to zabrakło saksofonu tenorowego. Szczególnie brakowało mi Erniego Wattsa, no ale wszystkiego mieć nie można. Na otarcie łez przy drugim utworze na scenę wszedł gitarzysta prosto z Chicago niejaki Pan John McLean, rewelacyjny zresztą. Pan McLean powinien być znany publiczności nadwiślańskiej ze współpracy z Grażyną Auguścik. Moje pierwsze skojarzenie to bohater filmu Słodki Drań Allena, tym bardziej, że Sean Pean i John McLean są do siebie dość podobni z wyglądu. No i ta gitara…
Co się działo? Oj dużo się działo. Dział się Nature Boy, My Foolish Hearth, były sola scatem, były sola Hobgooda na pianie, no i był McLean, w którego nawet Elling patrzył z wielkim podziwem. Sala drżała absolutnie od głosu Ellinga. Na koniec dwie owacje na stojąco i na bis Carlos Jobim, zaśpiewany po portugalsku. Czego chcieć więcej?

Też byłem na koncercie Ellinga i oceniam go jako jeden z najmocniejszych punktów całego festiwalu! Pat Metheny daleko w tyle… Po prostu dobra muza zagrana z klasą.
Pozdrawiam
a na basie grał Harish Raghavan