Dnia 4 listopada 2009 roku na warszawskim Torwarze miał miejsce bardzo szczególny koncert.
Dlaczego szczególny? Ano wg mnie przede wszystkim dlatego, że wystąpił na nim Wayne Shorter, który niedawno ogłosił, że zaprzestaje koncertowania poza granicami USA. Szybko jednak zrezygnował najwyraźniej z takiego postawienia sprawy. Patrząc na grafik występów na oficjalnej stronie artysty widać wyraźnie, że nieprędko ma zamiar rozstać się z widownią ze starego kontynentu. O tyle było to dla mnie istotne, że parę lat temu nie wybrałem się na jego koncert, gdzieś na południu polski, z różnych względów i zwyczajnie obficie sobie plułem w brodę.
Po drugie koncerty na Torwarze zostały poświęcone osobie i twórczości Milesa Davisa. Zaowocowało to występem Pana Jimmiego Cobba, rewelacyjnego perkusisty, ostatniego żyjącego wykonawcy słynnej płyty Davisa „Kind Of Blue”. Właśnie ze względu na 50 rocznicę owej pamiętnej sesji, Pan Cobb postanowił zorganizować projekt uświetniający tamte nagrania. Mówiąc krótko można było posłuchać materiału z „Kind Of Blue” na żywo i w komplecie. Naprawdę niesamowite wrażenie.
Ale po kolei. Maraton rozpoczął się od koncertu Wayna Shortera, ze swoim aktualnym kwartetem. Muzyka w stylu znanym z ostatnich nagrań artysty. Mocne, nowocześnie grane ballady, ciągła improwizacja najwyższych lotów. Muzyka tych panów wciągnęła mnie bez pamięci. Przestałem nawet zwracać uwagę na diablo niewygodne siedziska. Na koniec wspaniałego koncertu nastąpił niestety mały zgrzyt w postaci braku bisów, na które artyści wyraźnie się szykowali. Niestety Pan Adamiak najwyraźniej bardzo pilnował grafiku ze względu na fakt, że kolejny występ, mocno elektroniczny, wymagał chwili na przygotowanie sprzętu. O tyle wyszło niesympatycznie, że widownia w dużej części odebrała to jako złą wolę artystów.
Po rewelacyjnym występie Shorterów, przyszedł czas na coś mniej intelektualnego, czyli mistrz kciuk Marcus Miller. Artysta, w przeciwieństwie do poprzedników, wziął sobie do serca charakter koncertu i zagrał materiał z płyty Davisa „Tu Tu”. Muzycznie bardzo poprawnie, ale siła występu tkwiła w części wizualnej. Muzycy odstawili na scenie prawdziwy performens. Było więc podskakiwanie młodego saksofonisty w rytm własnej improwizacji, Davisowskie wyginania się trębacza oraz nie wiem czyje rzucanie pałeczkami za plecy perkusisty. Jak dla mnie trochę zbyt teatralnie, ale przynajmniej zabawnie. O muzyce wiele nie powiem. Mocne funky, nie do końca mój klimat. No chyba, że można poskakać, a nie było można. Tym razem organizatorzy dali czas na bisy. I dobrze, bo Marcus Miller na bis zagrał „In a Sentimental Mood” Ellingtona na… klarnecie basowym. Wyszło mu nawet nieźle.
Na koniec Jimmy Cobb i jego „Kind Of Blue”. Występ zaczął się rozczarowującą wersją „So What”. Na szczęście muzycy szybko się rozgrzali i dali czadu. W najlepszym, modalnym stylu. Nie dopisała natomiast widownia, która zaczęła masowo opuszczać salę, prawdopodobnie śpiesząc się na ostatni autobus dzienny i mając za przeproszeniem gdzieś to co się dzieje na scenie. A działo się dużo i mocno. Muzycy grali ubrani w pełne garnitury z epoki. Dodatkowo każdy kończący improwizację solista schodził na kilka taktów przed końcem sola w cień z tyłu sceny, dając miejsce koledze następnemu w kolejce do improwizowania. Wszystko to kojarzyło się z nagraniami filmowymi koncertów Davisa z „tamtych lat”. Ogólnie bomba. Niby znowu dużo elementów cyrkowych, ale w przeciwieństwie do Marcusa Millera tutaj wszystko wypadło nad wyraz naturalnie.
Podsumowując, ogół imprezy był naprawdę fantastyczny. I należy się wielkie dzięki ekipie adamiakjazz za zorganizowanie występu takiego zestawu artystów. Czekamy zatem na więcej.
